Dzień 19. 20. i 21. Francuskie wulkany i spotkanie w Niemczech. graphic

Obudziliśmy się pod ścianą opuszczonego wyrobiska. Spało się bardzo dobrze. Nie wiem czy zasługą tego było wino czy cisza wokół.

Ruszyliśmy na parking pod wulkanem Puy de Dôme. Dalej piechotą, stromo w górę, na wysokość 1464 m.n.p.m. Im wyżej, tym więcej chmur. Na szczycie było bardzo wietrznie i zimno. Obeszliśmy krater wkoło, jednak nie zdołaliśmy dojrzeć pozostałych wulkanów. Tylko momentami wiatr przewiewał chmury odsłaniając małe fragmenty krajobrazu. Rozpoczęliśmy więc drogę w dół. Łatwiej było biec niż schodzić.

Gdzieś w połowie dnia skończyły się wzgórza i piękne widoki. Tylko pola i lasy za oknem. Ja nie czułam się najlepiej. Za bardzo wywiało mnie na górze. Dlatego na noc wzięłam kilka witamin C i wypiłam kieliszek napoju „dla zdrowotności”. Jest to nalewka opatentowana przez moją babcię. Miarka spirytusu, miarka soku malinowego, miodu i cytryny. Smakuje wyśmienicie!

Nocleg znaleźliśmy po ciemku nad jeziorem w miejscowości Vesoul. Było kilka miejsc wyznaczonych specjalnie dla camperów. Śmieszne jest to, że zazwyczaj udajemy, że camperem nie jesteśmy i wjeżdżamy tam, gdzie im nie wolno. Tym razem udawaliśmy, że camperem jesteśmy. 🙂


Rano ruszyliśmy w stronę Römemberg zatrzymując się najpierw na parkingu na śniadanie, gdzie spotkaliśmy kilku Polaków, potem w McDonald’s na Internet. Fajne we Francji jest to, że w wielu miejscach, restauracjach, sklepach, można wchodzić do środka z psami.

Jurek ściągnął słownik angielsko-francuski offline. Prawdopodobnie z niego nie skorzystamy, ale przydałby nam się angielsko-hiszpański pod tunelem w Pirenejach. Dobry pomysł na przyszłość, gdy jedzie się do obcego kraju – mieć pod ręką słownik.

Römemberg wybraliśmy na kolejny przystanek, ponieważ mieszka tam Justyna z Marcinem i Kacprem. Kolejne odwiedziny. 😀 Justyna to koleżanka, z którą wiele lat się nie widzieliśmy. Jurek niestety nie zdobył zawczasu adresu, numer telefonu, który miał zapisany, nie odpowiadał, i tak znaleźliśmy się w Römemberg. Szukaliśmy bezskutecznie WiFi, paliwo się kończyło, jeżdżenie w kółko nie miało sensu. W końcu znaleźliśmy stację benzynową, a Jurkowi przyszło do głowy, aby wpisać numer telefonu bez „0”. Udało się. Justyna podała nam adres i spotkaliśmy się. Tyle tylko, że trochę później niż było w planie.
Na obiad Justyna zaserwowała nam pieczonego królika z ziemniaczkami, (chyba pierwszy raz w życiu jadłam królika, smaczny), a na deser przepyszne ciasto własnej roboty. Pogadaliśmy przy winku i piwie i, po kąpieli, udaliśmy się na spoczynek.


Justyna i Marcin szli następnego dnia do pracy, Kacper do szkoły, a my pojechaliśmy zwiedzać Heidelberg. Staliśmy chwilę w korku na autostradzie, potem szukaliśmy parkingu blisko zamku. Spodziewając się, że będzie on usytuowany wysoko na górze, rozpoczęliśmy wędrówkę leśnymi ścieżkami. Znaleźliśmy się przy drewnianej altance, skąd roztaczał się widok na miasto, rzekę i… zamek w dole. Posililiśmy się i zaczęliśmy schodzić. Ogromny zamek, a właściwie jego ruiny, jest malowniczo położony ponad miastem, na zboczu góry. Obeszliśmy go dookoła, po czym rozpoczęliśmy poszukiwania samochodu. Okazało się, że nasz parking znajdował się tuż powyżej murów zamku.

Wróciliśmy około 16:00. Chcieliśmy po kawie ruszyć w drogę, ale ulegliśmy namowom na wspólny obiad. Pojechaliśmy do Speyer, do „chińczyka” czyli restauracji japońsko-chińsko-mongolskiej. Obiad przerodził się w kolację, bowiem dopiero o 18:00 kończyła się przerwa w godzinach otwarcia restauracji. Udaliśmy się zatem na spacer po mieście. Wygłodniali rozpoczęliśmy obfity posiłek. Dwa stoły bufetowe w kształcie statków były zapełnione różnego rodzaju jedzeniem. Kurczak, wołowina, kraby, małże, sushi, smażone banany, bakłażany, sałatki, sosy itd. W jednej części produkty były surowe. Można było nałożyć sobie na talerz rybę, kaczkę albo wątróbkę i zanieść kucharzowi do przygotowania. Po tym wszystkim nastał czas na deser. Lody w czterech smakach, różne owoce i galaretka. Razem z rachunkiem dostaliśmy jeszcze po kieliszku śliwowicy. Ciężko było wstać od stołu. W Danii bufety cieszą się dużą popularnością, ale nie widziałam ani jednego tak bogatego i zróżnicowanego. To wszystko za 15 euro od osoby.
W domu posiedzieliśmy jeszcze chwilę wspominając stare, dobre czasy i poszliśmy spać. Było już za późno, żeby jechać.

Nie planowaliśmy tyle czasu się gościć, ale było tak miło, (i smacznie 😉 ), że nie trudno było nas na to namówić. Justyna na odchodne podarowała nam jeszcze butelkę wina, które piłam z nią pierwszego wieczoru. Białe wino musujące z białego bzu z limonką. Lekkie i bardzo dobre. Jesteśmy ogromnie wdzięczni za serdeczne przyjęcie!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.