Koniec zwiedzania, czas wracać do domu – dzień 8. i 9. graphic

Najpierw może wytłumaczę, dlaczego wyprawa kończy się na dniu 9. Miały być przecież dwa tygodnie! Po pierwsze wyjazd przesunął się na wtorek, bo nie wyrobiliśmy się na poniedziałek. Po drugie w sobotę rozpoczynałam pracę. Po trzecie odwiedziliśmy wszystkie główne punkty z naszej listy, więc postanowiliśmy nie jeździć dłużej niż to konieczne i wracać do domu. Wyszło 9 dni.

Oczywiście nie jest tak, że zwiedzanie się zakończyło. 1000km to jeszcze mnóstwo rzeczy do zobaczenia. I tak na przykład urzekła mnie droga przez Norwegię wijąca się na granicy parków Trollheimen, Dovrefjell-Sunndalsfjella Nasjonalpark oraz Rondane Nasjonalpark. Może taki był nasz cel jechania na północ na Drogę Atlantycką? Gdyby nie ona, nie wracalibyśmy tą drogą. Szerokimi dolinami pośród gór jechało się fantastycznie. Niestety zdjęć brak. Tomek spał.

Mieliśmy sprawdzony nocleg przy Lillehammer, więc bez sensu było szukać czegoś innego. Zanim jednak tam dotarliśmy czekał nas obiad w lesie.

Pogoda nas nie rozpieszczała, ale i tak zdecydowałam się wskoczyć na chwilę do jeziora. Jurek też, ale on jest bardziej odporny na zimno.

Nie zwiedzaliśmy miast. Raz, że wolimy przebywać pośród głuszy, dwa, że w miastach zawsze pojawia się problem parkowania. Ale czasem lubię przejść się ulicami jakiegoś małego miasteczka. Postanowiliśmy zjeść śniadanie w Lillehammer.

Nie mogę powiedzieć, żeby Lillehammer mnie urzekło. Zwykłe miasteczko, które zdobyło sławę dzięki olimpiadzie. Niemniej spacer był całkiem przyjemny. Zawsze to dobrze rozprostować kości.

Jeśli chodzi o parking to znaleźliśmy duży parking przy supermarkecie. Stały automaty Europark do opłacenia postoju, ale nie działały. Jakaś pani poradziła Jurkowi zadzwonić pod wskazany na automacie numer. Dostaliśmy pozwolenie na 3 godziny bezpłatnego parkowania. Super!

Znalezienie jadłodajni wcale nie było proste. Byłoby łatwiej w porze obiadowej, bo pewnie zadowolilibyśmy się kebabem albo hamburgerem. Ale na śniadanie jakoś nie pasowało… Ostatecznie trafiliśmy do restauracji Nikkers. Zamówiliśmy jajecznicę i jajka na bekonie. Były oryginalnie podane i smaczne, aczkolwiek jak dla mnie, za mało doprawione. Kawa i czekolada były za to pyszne. Ceny całkiem przystępne. Generalnie spodziewaliśmy się, że będzie naprawdę drogo. W końcu to Norwegia. Ale albo nie jest wcale tak źle, albo wielką różnicę robiło to, że wyjeżdżaliśmy z Danii, a nie z Polski.

Posileni ruszyliśmy w kierunku szwedzkiej granicy. Wypogodziło się, świeciło piękne słońce i postój na obiad był jednym z najprzyjemniejszych podczas wakacji. Głównie dlatego, że było ciepło i bez pośpiechu mogliśmy wszystkim się zająć, a Tomek mógł długo bawić się na trawniku. W końcu relaks!

Oczywiście nie obyło się bez zakupów żywnościowych w centrach handlowych Szwecji. A potem promem na duńską ziemię.


Po przejechaniu niespełna 3000km i zobaczeniu ogromu tego, co ma do zaoferowania Norwegia, byliśmy znowu w domu. Cieszyło mnie, że nie musimy przenosić bagaży, żeby pójść spać, że możemy wziąć kąpiel kiedy mamy na to ochotę, że bez względu na pogodę mamy nieco przestrzeni do zabawy. Ale czułam niedosyt. Część mnie chciała odpocząć dzień, dwa i ruszać gdzieś dalej. Lubię jeździć i lubię nowe widoki w okół. Niestety. Wakacje się skończyły.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.